Image Slider

[379]

[14 Dec 2017]

(…)

The Book of Life. Projekt okładki: Dynia, 2017

Grudzień przyniósł rozmaite rozrywki.
Przede wszystkim, w związku z nadchodzącą rocznicą narodzin Biskwita (lada minuta), squat Montessorian zażądał pisemnej inwentaryzacji życiowych osiągnięć solenizantki. Gdyż mają tak w zwyczaju, że zanim pozwolą dziateczkom rzucić się na urodzinowy tort z bio-marchewki, z bezcukru i z eko-cukinii, solenizant musi, imitując ruch planety, latać w kółko z globusem pod pachą, wokół uziemionych na dywaniku. W czasie, gdy solenizant lata, naszpani, jak Wolfram von Eschenbach z lutnią, odczytuje chwalebny życiorys.
W praktyce to oznacza, że wszystko, co napisałam o Biskwicie na blogu, Norweski musiał przetłumaczyć na niemiecki i zmieścić na czterech pocztówkach. Popycha to nasz związek ku przepaści, bo ja czuję się jak Słowacki, a Norweski za nic w świecie nie chce poczuć się jak Goethe.
Inną grudniową uciechą było gwałtowne załamanie się pogody.
Jak raz, akuratnie w dniu, w którym chór placówki Ofiar Holocaustu miał wystąpić na lokalnym, świątecznym jarmarku.
Dotknęło nas to, dlatego, iż Dynia wbrew dziedzicznym predyspozycjom uczęszcza na zajęcia chóru i należało tedy wykopać tunel w śniegu i brnąc pod wiatr w szalejącej zamieci, dostarczyć dziecko na miejsce debiutu.
Jako, że mróz skuwał lodem grzane wino, a zamieć  całkiem udatnie imitowała cukier puder na soplach z gofrów, burmistrz odstąpił chórzystom salę w ratuszu, by zaśpiewali i zagrali. Bez obawy, że śnieg ich zaknebluje, a usta przymarzną im do fletów lub ksylofonów.
Występ nieco się opóźnił, albowiem najpierw należało odśnieżyć zebranych i wyłuskać ich z kombinezonów, czapek, kalesonów, rękawic i rozwinąć z szalików, a potem odnaleźć w stercie odzieży.
(Chwalebne, że naród w tym najcieplejszym kawałku Republiki Federalnej, w którym śnieg pada raz na tysiąc lat, jest tak dobrze przygotowany na sytuacje kryzysowe. Nawet jeśli to są jedynie trzy centymetry tego śniegu.)
To, czego potem byliśmy świadkami, gdy już naszpani od chóru odgrzebała solistów spod sterty nauszników i termogetrów, utwierdziło nas w przekonaniu, że zaiste, faktycznie, niewielu ludzi ma dziedziczne predyspozycje muzyczne. I nie, w tym sezonie naszpani nie udało się zwerbować żadnej Violetty Villas. Jednocześnie po zakończeniu występu opuściliśmy widownię dzieląc głębokie przeświadczenie, że naszpani od chóru musi mieć spore doświadczenie pedagogiczne. Gdyby bowiem zamiast świeczek na baterie, wpadła na pomysł by rozdać dziateczkom po płonącym romantycznie łuczywie, to sądząc po tym, co robiły tylne rzędy chóru, straż pożarna mogłaby nie zdążyć. A burmistrz nazajutrz szukałby swoich pieczątek w smutno dymiącym pogorzelisku.
Takiego doświadczenia zabrakło Irinie - Przewodniczącej Komitetu Rodzicielskiego klasy Mastodontów.
Ta, urządziwszy świąteczne spotkanie klasowe, rozdała Mastodontom i niezmywalny klej, i otwarte źródła ognia, i dorzuciła jeszcze papierowe serwetki na podpałkę.
Słoik musieliśmy przynieść sobie sami.
Było z tym nieco problemu, bo wołanie o słoik nadeszło wieczorem, na dzień przed imprezą i Norweski odmówił zjedzenia naraz zawartości całego garnca marmolady lub do wyboru słoja musztardy sarepskiej.
Cóż było robić,wyposażona w latarkę, poszłam zatem grzebać w śmietnikach sąsiadów.
(Wydaje się, że Irina jest mi winna trochę godności osobistej.)
Oprócz wołania o słoik, Irina wystosowała również apel o przyniesienie nadwyżek świątecznych ciasteczek domowej roboty. Jako, że jesteśmy prawdopodobnie jedynymi w całym Erefenie, którzy lekceważą tradycję adwentowego kompulsywno-obsesyjnego wypiekania, nie bardzo mieliśmy się czym dzielić. O świcie uderzyłam więc do supermarketu, gdzie kupiłam kilka gatunków i przesypałam je do puszki z napisem: Domowe ciasteczka.
W celu nadania kupnym ciasteczkom domowego sznytu – zdradzam sekret - należy puszkę upuścić kilka razy na podłogę lub po prostu szarpać się o nią z Biskwitem.
Ustawione w bufecie domowe ciasteczka kaczki zniknęły w mgnieniu oka.
Kamuflaż był jednak zbyt udany, albowiem kilka osób zapytało mnie o przepis.
Najpiękniejsza jednak w takich spotkaniach jest tęcza klasowego przekroju społecznego oraz labirynty i meandry zainteresowań poszczególnych jednostek.
Na przykład, rodzice Chantal zawsze ustawiają na boku regał zachęcający do prenumeraty 'Strażnicy'. Czy to początek roku szkolnego, czy święto Grzyba, czy ćwiczenia przeciwpożarowe. Nie wiem, czy robią to, bo panuje tu wolność słowa tudzież wyznania, czy dlatego, że razem wzięci rodzice Chantal na oko ważą pół tony i w sparringu na argumenty wygrywają masą? A może dlatego, że przynoszą zawsze tuzin wyśmienitych czekoladowych placków i przez to wiele im się wybacza?
W szopce, w której występowały Mastodonty pominięto elementy teologiczne, a skupiono się na taksonomii gatunków fauny. Może to z uwagi na uczucia religijne rodziców Chantal, a może dlatego, że sama naszpani jest z Izraela, a w klasie oprócz Dyni, prawosławnej diaspory, kilku zabłąkanych tubylczych dzieci, ma też gromadę małych Chińczyków?
(Acz chińskie matki napiekły domowych ciasteczek, i nie były to Fortune cookies, a klasyczne, lokalne, adwentowe wypieki, więc nie mnie oceniać stopień integracji z Republiką.)
Poza tym grudzień skazał mnie na dietę z ryżowych wafli i bezglutenowej wody.
Wyrok przekazała lekarka, z którą dopiero po kwadransie gwałtownych dyskusji i plastycznych opisów symptomów ustaliłyśmy, że pochodzimy z tego samego kraju, choć z różnych jego końców. To dziwne, ale ustawione na kominku 'Choroby wewnętrzne' obok 'Kompendium polskiej dermatologii' zupełnie nie dały mi do myślenia.
(Na swoją obronę, nie takimi rzeczami ludzie przecież ozdabiają sobie kominki.)
Dieta z bezglutenowej spyży nie jest zła, dopóki człowiek nie połasi się na chleb bez glutenu.
Mam teorię, że ten chleb, eksportowany tu przez firmę z Katowic, to jakaś akcja odwetowa i zemsta za Korfantego. Takim chlebem, odwołajmy się do kultury masowej, to zabija się kaczki (sic!) w towarzystwie Hugh Granta.
To, że jesteśmy mściwym narodem okazało się również wtedy, gdy postanowiliśmy kupić sobie takie łóżko, żeby zmieściły się w nim wszystkie nasze dzieci i żeby jeszcze i dla nas zostało miejsce.
Kiedyśmy kupowali poprzednie, nie wzięliśmy pod uwagę, że stanie ono na trasie somnambulicznych  wędrówek progenitury i że będziemy w nim sypiać warstwami.
Dzieci rosną. Trudno oddychać, gdy niepołączony z rzeczywistością Biskwit wije gniazdo w żebrach. I tak za pierwszym razem, zupełnie przez przypadek, wybraliśmy w erefenowskim sklepie łóżko importowane z Polski.
Jego producent poskąpił nam nóżek, co opóźniło procedurę dostarczenia łóżka o jakieś osiem tygodni. Osiem dodatkowych tygodni na materacu na poziomie runa leśnego!
Niezrażeni tym incydentem, po latach wróciliśmy po kolejne.
Przyjechało nieomal błyskawicznie, bo już po kilku tygodniach.
Razem z panem Kazimierzem do składania.
Bez nóżek!!!
To znaczy, pan Kazimierz miał nóżki. Nogi. Swoje nogi.
I to nie jego należało złożyć, ale on miał złożyć.
Tylko nie mógł, bo nie dali mu nóżek.
Ahoj przygodo!
Znów śpimy na futonie.
Cztery ofiary polskiego sabotażu!
Plus jeden duży jugosłowiański miś, rocznik 1981, onegdaj mój wspólnik, obecnie faworyt Biskwita.
I co?
Mam mniej miejsca niż poprzednio.
Natura naprawdę nie lubi próżni i potrafi ją wypełnić choćby i poliestrowo włochatym niedźwiedzim zadem.
Uaktualnienie 11:32 PM Norweski przed chwilą wstał i przypomniał sobie, że Montessorianie powiedzieli mu, że Biskwit może jednak przynieść sobie takie ciasto jakie lubi. Jeśli to mu się nie przyśniło to oznacza, że bezpowrotnie straciłam okazję, aby upiec tort z kabanosów i kopytek. Suto sypany kruszonką.

©kaczka

[378] oraz JEST ROBÓTKA 2017

[3 Dec]

(...)
Biskwit z entuzjazmem przeniknął w szeregi Montessorian.
Prawdziwy, nieskrępowany żadnym konwenansem społecznym rozmiar tego entuzjazmu objawił się w minioną niedzielę, gdy Biskwit zerwał się z łóżka, ubrał się w rajty i krynolinę, zrobił sobie śniadanie, umył zęby, wzuł sandały i zjawił się u wezgłowia naszego futonu [1] żądając niezwłocznego dowozu do placówki.
Była szósta trzydzieści rano.
Z perspektywy czasu uważam, że należało wyjść z łóżka w tę ciemną noc i potykając się o zwłoki swej godności osobistej, spełnić oczekiwania. Jedno z nas miałoby wtedy szanse się wyspać, a tak, oboje wegetowaliśmy od szóstej trzydzieści, podczas, gdy jednoosobowa manifestacja rozczarowania bezcześciła nas fizycznie i werbalnie do kolacji z przerwami na drugie, trzecie, czwarte, piąte śniadanie, obiad, podwieczorek i czternaście luźnych, niezobowiązujących przekąsek.
Jako, że dzień w dzień Biskwit przynosi od Montessorian coraz więcej desek z powbijanymi weń, ponoć samodzielnie, gwoździami, może ten pociąg do uczęszczania spowodowany jest jakimiś opóźnieniami w projekcie: Kucyk Trojański?
Jakby nie patrzeć, z odpadów Kucyka wkrótce zbudujemy sobie meblościankę.

[1] temat na obszerną dygresję i co najmniej, pół kolejnej notki

(...)
Tym, co odróżnia ochronkę pod wezwaniem błogosławionego Dietera z Düsseldorfu od aktualnego squatu Montessorian pod wezwaniem błogosławionego Bio-Jarmużu jest przede wszystkim to, że gdy teraz odbieram Biskwita to rzucam się najpierw ocierać mu twarz z błota w obawie, że inaczej mogłabym zabrać do domu cudze dziecko. Albowiem pod koniec dnia, wszyscy podopieczni Montessorian wyglądają jakby pracowali przy osuszaniu bagien własnym ciałem (i wdziankiem), zacierając przy tym wszelkie znaki szczególne typu: kolor włosów, linie papilarne albo fason gumowców.
Jedynym, co zakłóca Biskwitowi tę edukacyjną sielankę, jest ponoć nadmierne i zupełnie dla Biskwita niezrozumiałe przywiązanie Montessorian do karmienia młodzieży surowym, ekologicznym, fair-trade chlorofilem. Aczkolwiek, odkąd po inicjacyjnym zażyciu sałaty, Biskwit zapadł w spektakularną katatonię (każdy kryptonit ma swojego Supermana!), nikt jeszcze nie odważył się zaproponować Biskwitowi dokładki.

(...)
Wieczorami natomiast Biskwit uczęszcza na zajęcia resocjalizacyjne. A to z inicjatywy austriackiego laryngologa, który uznał, że niemiecki Biskwit mówi ze szwajcarskim akcentem i w celu skorygowania gardłowego [CH], które dla mnie brzmi raczej tak, jakby Biskwit wychowywał się na zamku w Elsynorze, wysłał tegoż na zajęcia do... greckiej logopedki.
Protestowałam, a jakże, ale gdy okazało się, że zajęcia polegają głównie na konsumpcji misiów Haribo, że ta logopedia to przykrywka dla cotygodniowej orgii nieograniczonego wciągania węglowodanów na czas, to nieodwracalnie straciłam Biskwita dla roli ofiary w nimbie cierpienia.
Jednocześnie, nieustająco, za każdym razem, gdy Biskwit zabiera głos w jakiejkolwiek sprawie prześladuje mnie wizja Hamleta deklamującego: 'Znał[CH]em g[CH]o mój  [CH]...oracy' z czaszką misia z żelatyny w ręce i z serem  Gruyère pod pachą.
Nie ma nadziei, że, duńskie [CH] Biskwita jest naprawialne, za to po prostu Biskwit zje w ciągu miesiąca roczny budżet na pomoce dydaktyczne Instytutu Logopedii Teoretycznej i Stosowanej.

(...)
Tymczasem, jeśli jeszcze bez trwogi owieracie lodówki i konserwy rybne, nie lękając się, że wyskoczymy zeń – ja kaczka-kierowniczka i Woźna Bebe, to znaczy, że marketing tegorocznej Robótki zawodzi!
Tym bardziej i tym gwałtowniej kieruję Was w tę stronę: KLIK albo w tę: KLIK
Którędy Wam po drodze.
Wpadnijcie w tę Robótkę po uszy!
Opowiadajacie o niej światu.
Niegowiacy są jak studnie bez dna. Nigdy nie wrzucimy im ZA DUŻO radości. Ale to przecież nie znaczy, że mamy nie próbować, prawda?


©kaczka

[377]

[20 Nov 2017]

(...)
Jest dziesięć stopni Celsjusza.
Mam na głowie czapkę, a na bosych stopach pożyczone japonki.
Jestem zatem w takim momencie życia, że to albo menopauza albo Wyspy Brytyjskie.
Skan okolicy (Asda, Tesco, smażalnia ryb i frytek, charity shop, look right na asfalcie, kubek herbaty z mlekiem) uspokaja, że to jednak nie deficyt estrogenów, a dryfujące po Atlantyku Królestwo Theresy May.
Czapka, zimowa kurtka i klapki na gołych nogach to nieodzowne rekwizyty pozwalające udawać, że jesteś tubylcem. Nikt nie próbuje ci sprzedać kompletu breloczków z Big Benem, ani otwieracza do butelek w kształcie Kate Middleton. Dzięki gołym nogom napastują cię wyłącznie pośrednicy British Gas i doręczyciele potaniałej elektryczności. Tym można jednak zawsze powiedzieć, że jesteś z Australii i zazwyczaj odstępują.
To miała być podróż córki z matką.
Quality time. 
Bonding opportunity.
Jednakoż ledwie Dynia wysiadła z samolotu to rzuciła się w swoje własne sprawy i w ramiona swej przyjaciółki Lucyny, więc przebrana za tubylca wędrowałam samotnie po Wyspie podziwiając jak zielona jest tam trawa w listopadzie.
Zielona, bo sztuczna.
Jak raz, trafiło nam się Halloween, więc Dynia i Lucyna odziane w te same kapelusze czarownic, w których wspólnie kwestowały cztery lata temu, poszły w angielską suburbię i przyniosły obfity węglowodanowy haracz. (Byłby prawdopodobnie jeszcze obfitszy, ale Dynia odmówiła pukania do drzwi i straszenia tym, że jest z Niemiec i że przyjechała odebrać tubylcom pracę i wykorzystać ich NHS.(
Za to na spontanicznym Erasmusie w podlondyńskiej Junior School, Dynia wymieniała koraliki niemieckich słów na czekoladowe ciasto w szkolnej kafeterii i tablety z oprogramowaniem do matematyki używane podczas lekcji. Dziewiętnastoletnia nauczycielka, sympatyczna Irlandka o niemożliwym do przeliterowania nazwisku, przyjęła opowieść Dyni o niemieckiej kredzie, tablicy i folijkach na rzutniku, życzliwie, ale raczej jako legendę z czasów stołu Króla Artura. Dynia za to nie mogła uwierzyć, że nikogo nie obchodzi kąt odchylenia litery ka, ani stopień wygięcia litery es i że nikt jej w Junior School nie uciemięży wielokrotnym przepisywaniem alfabetu tak, by mieścił się w normach DIN. A wręcz przeciwnie, każdy jakikolwiek podjęty wysiłek sprawi, że Miss Irish wykona na jej cześć układ choreograficzny cheerliderki. Z pomponami.
- To nieprawdopodobne, jak wszyscy są tu dla siebie uprzejmi – podsumowała Dynia.
No tak, trawa zawsze jest zieleńsza po drugiej stronie płotu.
I cóż z tego, że sztuczna.
(...)
Planowałam zostać męczennikiem za wiarę i splunęłam na szkolny regulamin nakazujący dostarczyć dziecko do placówki natychmiast po feriach. (Różnica w cenie biletów – zylion ojro od osoby. Dante powinien dorzucić erratę: kolejny krąg piekielny obejmujący przewoźników lotniczych.)
Niestety, na lotnisku nie czekał na nas ani pluton egzekucyjny, ani tajni agenci Jugendamtu. W dodatku sama Dynia dostarczyła sobie alibi zażywając kanapkę z korniszonem marki Lufthansa. Ustalenie, czy womit był spowodowany rotawirusem pożyczonym z Junior School, czy jakością korniszonów Lufthansy, czy może wypitą pod te korniszony puszką lodowatego Sprite'a wymagałoby dochodzenia epidemiologicznego. Tak czy inaczej korniszon Lufthansy odebrał współpasażerom apetyt, a mi szansę na spłonięcie na stosie, gdyż ten sam szkolny regulamin wymaga, aby izolować womitanta przez czterdzieści osiem godzin.
I tak, jak pozaregulaminowy wwóz, mocno pobielonego na twarzy dziecka nikogo nie zaalarmował, nawet służb sanitarnych, tak regulaminowy wywóz postawił na nogi wszystkie straże graniczne. Na granicy przed kanałem uzbrojeni przedstawiciele służb niemieckich domagali się informacji na temat absencji ojca dziecka, ale przyjęli na wiarę, że nawet jeśli uprowadzam ten egzemplarz to ojcu został się jeszcze jeden. Na granicy za kanałem – uzbrojone służby angielskie zadały mi pytanie, czy dziecko, które importuję jest naprawdę moim dzieckiem?
Zatem może nie jesteśmy z Dynią aż tak do siebie podobne?



(...)
Ferie minęły.
Biskwit rozpoczął proces integracji z Montessorianami.
Jest to proces bolesny, bo wydaje się zakładać, że przez najbliższe osiemnaście lat Biskwita będziemy tam doprowadzać na dwie godziny dziennie. Jak mówią naszpanie, żeby się oswoić.
Jak dla mnie Biskwit wygląda na całkowicie oswojonego, może więc to naszpanie, westalki tej świątyni edukacji, potrzebują więcej czasu, żeby dojść do siebie po inwentaryzacji pomocy dydaktycznych, którą to Biskwit przeprowadził podczas pierwszych dni na nowej planecie?
Cóż powiedzieć? Po młotku i imadle nasz mały Neron najbardziej się jara (sic!) stanowiskiem do odpalania i gaszenia gromnicy.
Projekt Manhattan, mam nieodparte wrażenie, zyskuje nowy wymiar.
Przymierze GmbH zyskuje również nowy wymiar, bo dzięki niezagospodarowanym dydaktycznie przez Montessorian długim godzinom dni roboczych, chodzimy razem z Biskwitem do pracy i lada dzień Biskwit dostanie umowę na czas nieokreślony. Przez zasiedzenie.
Więcej raportów i tak już się tam zgubić nie da, a te które się nie zgubiły zyskują na glamourze zdobione tysiącem naklejek 'My Little Pony' i setką zszywek wrażoną w pliki przy pomocy zszywacza i nadzwyczajnie dobrze rozwiniętej małej motoryki Biskwita.
Zszywacz i dziurkacz – zaliczone.
Przed nami – kserokopiarka.



(...)
Z cyklu rozczarowanie tysiąclecia.
Pójść o północy do kina na węgierski film z Helen Mirren, wyłącznie dla głosu Helen Mirren i przekonać się, że ZDF potrafi zbeszcześcić dubbingiem nawet głos Helen Mirren.

©kaczka

[376]

[26 Oct 2017]

(…)
Zgodnie z obietnicą Szkoła imienia Ofiar Holocaustu zorganizowała Festiwal Grzyba.
Sobota. Obecność obowiązkowa.
Ochronka imienia błogosławionego Kryspina z Aaachen przyłożyła w drugą nerkę, organizując orgię na cześć odgrzybienia placówki.
Niedziela. Obecność obowiązkowa.
Weekend zobowiązań opiekuńczo-wychowawczych.
Bachanalia z lajtmotywem pieczarki.
Fajerwerk na cześć trujących muchomorków.
W kategorii Szkolne Festiwale nie jesteśmy już amatorami.
Wiadomo, że najpierw trzeba rzucić się na loteryjkę, a potem na sernik i kiełbasę, zanim popyt zje podaż.
(Znowu po zupę z dyni lepiej nie rzucać się wcale, bo młodzieńcy z zawodówki, którym co roku samobójczo zleca się zadanie pilnowania garnka, na widok dziewcząt z zawodówki gotują się raczej sami – taki hormonalny bulion. A przy okazji gaszą w zupie niedopałki papierosów.)
Wiadomo też, że nikt nie każe nam już piec sernika, bo pieczenie serników, a także sztrudli, wysokopiętrowych weselnych tortów i sufletów zleca się rodzicom pierwszoklasistów, gdyż im jeszcze bardzo zależy.
Wiadomo, że nie ma sensu brać udziału w indywidualnym konkursie plastycznym na portret grzyba, bo zawsze znajdzie się jakiś gorliwy rodzic, który w przebraniu pierwszoklasisty wystawi wyklepanego  przez siebie z mikroprocesorów borowika. I ten borowik nie tylko będzie aportował mech i patyczki, nie tylko będzie podawał aktualną temperaturę i wilgotność powietrza w Urugwaju, ale jednocześnie okaże się maszyną do gofrów.
(A wiadomo, bez amatorskiej maszyny do gofrów, obsługiwanej przez zdobioną trądzikiem młodzież szkolną lub emerytowanych członków Stowarzyszenia Hodowców Gołębi, jakakolwiek orgia w eReFenie z automatu pozbawiona jest stylu i klasy.)
Na marginesie, nagrodą za tego borowika, klepanego nocami z kawałków utajnionej satelity szpiegowskiej i żelazka, jest paczka pralinek z Netto.
Wiadomo też, że nie ma sensu brać udziału w zespołowym konkursie plastycznym na portret grzyba, gdyż z naszpanią od Mastodontów jako architektem wizji artystycznej, Mastodonty mogą sobie od razu nakleić na zadki kartki z bonmotem: Kopnij mnie!
Naszpani od Mastodontów jest bowiem żarliwą wyznawczynią niemieckiego neorealizmu w ilustracji dziecięcej. Zatem, jeśli należało omamić jury wieloelementową, przestrzenną realizacją artystyczną o tematyce Grzyb, to było jasne, że Mastodonty będą lepić neorealistyczne muchomorki w neorealistycznym runie leśnym.
Przez moment, gdy naszpani zażądała od rodziców, by na konto zwycięstwa nakopali mchu i paproci oraz wyskoczyli z setki rolek papieru toaletowego, zajaśniała nadzieja, że instalacja artystyczna Mastodontów, jeśli nie imaginacją to przynajmniej rozmachem i areałem zmiecie konkurencję. Niestety, klasa Trzecia B wybudowała kilka grzybów wysokopiennych, purchawek – drapaczy chmur i na nic się zdało, żeśmy jak obłąkane dziki ryli Mastodontom ten mech w ogródkach, a potem wspólnym, rodzicielskim wysiłkiem rozwinęli siedemset rolek papieru toaletowego na nóżki dla muchomorków. Trzecia B rozmazała konkurencję po ścianach. W porównaniu z gabarytem purchawek Trzeciej B, Mastodoncia makieta była lakoniczna i mikroskopijna.
No i kij grzybu w nóżkę, powiecie.
Niby tak, ale Trzecia B wygrała mrożoną pizzę dla całej klasy (corocznym fundatorem nagrody jest kiosk z kebabem), co straszliwie upodliło i sponiewierało morale Mastodontów.
Dzieciny popadły w zbiorową histerię, człek nie wiedział, kogo najpierw tulić do piersi? Swoje, cudze? Komu ocierać smarki? Swoim? Cudzym? Komu chusteczki wciskać? Swoim? Cudzym? A gdy do chóru poniżonych dołączył z lojalności Biskwit to w sumie wyszła z tego akustyczna, przenośna wersja końca świata.
I tu oczywiście, można by się zastanowić, jaki jest sens narażania niewiniątek na taką rzeź marzeń o mrożonej pizzy i czy za dwadzieścia lat będą o tym zdarzeniu wspominać na kozetce psychoterapeuty?
Czy biorąc pod uwagę, że życie i tak hojnie sypie łupieżem rozczarowań, nie lepiej byłoby ich cherubiętom oszczędzić?
Ale okazuje się, że nie! 
Że tu jednak trzeba od maleńkości wyrywać nóżki motylom oczekiwań, bo młodzież dorasta i się robi taka jakaś melodramatyczna.
Siedzę wczoraj w Przymierzu, składam układankę z tysiąca raportów. A właściwie, ponieważ kawałki zupełnie do siebie nie pasują, to wciskam je na siłę. Butem, obcasem, młotkiem i słowem wulgarnym. I wtedy wchodzi ona – istota, która spadła z księżyca - i mówi, żebym jej tu natychmiast i od ręki podpisała list do ludzkości, w którym oficjalnie potwierdzam, że istnieje życie na Marsie. I że najlepiej, że inteligentne.
Yyyyyyy...
Nie byłam, nie widziałam, nie rozwiązywałam z Marsjanami sudoku ani krzyżówki z Przekroju, więc odmówiłam.
A ona na to, że jeszcze nikt jej nigdy aż tak nie rozczarował jak ja tu i teraz i że nie omieszka o tym zawiadomić wszystkich na prawo od Proxima Centauri i na lewo od Betelgezy.
Nigdy jej nikt aż tak nie rozczarował?
Nigdy?
Aż tak?!
Mam zatem teorię, że to dlatego, że nikt jej nie kazał lepić w młodości muchomorków w ofensywie względem Trzeciej B!

©kaczka

[375]

[18 Oct 2017]

(…)
Zaprawdę, nic w życiu nie dzieje się przez przypadek.
Gdybym onegdaj nie obejrzała Obcych w edycji Przymierze to nie wiedziałabym, że ktoś już zekranizował moje życie zawodowe.
Precyzyjnie i w detalu.
Z boku może to wygląda, że ja tu się skupiam na oborach, na mechanice wymion, albo na wyplatanych z PCV koszyczkach na pieczarki, ale to tylko pozory.
Tak naprawdę, mam nieodparte wrażenie, że wcisnęłam się w spandeks kosmonauty i zaokrętowałam na Przymierze.
Spandeks trochę się rozłazi w szwach i są na nim tłuste plamy.
Trochę od tych drożdżówek z sąsiedniej planety, trochę od humble pie, którym czasem nakarmią człowieka, a czasem to nawet cisną mu ten placek w twarz jak w slapstiku.
Na plecach spandeksu dziury od noży wbijanych w plecy zasupłałam na okrętkę. Pod nogami turlają mi się szklane kulki, które rozsypują mściwe androidy tylko czekając, kiedy się potknę i otłukę sobie zadek.
Lot załogowy.
Niby są jakieś plany tej kolonizacji, ktoś tam przez ostatnie siedemset lat przeprowadzał wymagane symulacje i rozpisał wszystko na algorytmy, które dla pewności przetłumaczono nawet na ugrofiński.
Ale cóż to, skoro łatwo nas zwabić darmowym ciasteczkiem na mijaną planetę, gdzie stajemy się łatwym łupem mściwych ksenomorfów urzędniczej biurokracji.
Z niejednego naszego raportu ksenomorfy wypruły już wątpia i wątpliwości.
A my te zainfekowane zwłoki dokumentów bez żadnej kwarantanny zawlekamy z powrotem na pokład i dziwimy się potem, że  strach wyjść do toalety, bo zwyrodniałe audyty opanowały nawet kanalizację.
Jednakoż to nas wcale nie zraża, między dziewiątą a szesnastą czujemy się wezwani do rzeczy wielkich.
Ostatnio zajął nas, na przykład, taki problem, że ktoś nam do Przymierza podrzucił szesnastotonowy ciężar. Najpierw postanowiliśmy, że będziemy zbiorowo udawać, że wcale tego ciężaru nie ma, ale to było trudne do wykonania, bo Przymierze się od tego monolitu znacząco przechyliło w jedną stronę i od chodzenia po nierównych korytarzach prawe nogi nam się wydłużyły, a lewe skróciły i nikt nie wiedział gdzie kupować sobie spodnie. No i kawa się wychlapywała z kubków.
Toteż pewnego popołudnia zgromadziliśmy się w mesie, gdzie każdy mógł wystawić swój pomysł pozbycia się szesnastotonowego ciężaru pod publiczną krytykę.
Jak dotąd bezskutecznie, próbuję sobie przypomnieć tę sekwencję zdarzeń, która doprowadziła do tego, że w pewnym momencie za najprostsze rozwiązanie naszego problemu jednogłośnie uznaliśmy wyłączenie grawitacji.
Ale nie, że wyłączenie grawitacji w jednej probówce, w jednym pomieszczeniu, w jednej ładowni, czy choćby w jednym Przymierzu.
Nie. Przy kawie i ciasteczkach, na siódmym z drugiej serii, stugodzinnym zebraniu w tej sprawie ustaliliśmy, że tę grawitację należy wyłączyć dla pewności w całym wszechświecie.
- W całym? - postanowiłam się upewnić, bo akuratnie protokołowałam tę rewolucję.
(Dwadzieścia siedem stron, Comic Sansem naprzemiennie z DejaVu Sans Condensed. To tak trochę w nadziei, że będzie i zabawnie, i zwięźle. Spojler! Nie było.)
- W caluteńkim! - potwierdził Dział Innowacji i Defenestracji. - I na marginesach najlepiej też.
- I pod podszewką! - dorzucił Dział Planowania i Destabilizowania. - I k o n i e c z n i e pod drugim dnem.
- ... i najlepiej będzie, gdy to kaczka o tym poinformuje wszechświat. No wiesz, kaczka, pismo do ONZ, okólnik, międzyastralna konferencja prasowa, Szanowni Państwo, wyłączamy, z poważaniem. Twój podpis. I ze trzy pieczątki - dorzuciła reprezentacja Działu Regulacji i Mieniaracji.
Napisałam i wysłałam pocztowym, kosmicznym gołębiem.
Napisałam, albowiem stare, marsjańskie przysłowie mówi, by nigdy! przenigdy! nie odwracać się plecami do tych, którzy wiedzą, na której półce we wspólnej lodówce trzymasz swoje śniadanie!
Rzecz jasna,  zmieniłam w dokumencie moje nazwisko, płeć, PESEL i domalowałam po całości cudze odciski palców.
Taki ze mnie międzyplanetarny Bear Grylls w dżungli korporacji.
Jak się okazało słusznie, bo kopię gołębia przechwycił mój szef, ostatni na pokładzie, którym nie zawładnęli Obcy i który zachował w tym szaleństwie rozsądek. Acz, gdy ten rozsądek przemawia przez niego to używa takich słów, że człowiek jednak sobie gratuluje, że pisał lewą ręką i poprosił panią sprzątaczkę, żeby pośliniła kopertę. (Wiadomo, na wypadek identyfikacji wyprutej z DNA.)
Szef mój, po trosze Kapitan Kirk, po trosze Adam Słodowy, jest jak ta gumka recepturka, na której trzyma się to całe Das Przymierze. Doskonale się rozumiemy, choć zdarzają się nam zakłócenia komunikacji wynikające z różnic kulturowych. Gdy, na przykład, powiedział mi 'Sprzątnij!' to okazało się, że wcale nie miał na myśli członków Unijnej Komisji do spraw Konceptualizacji Udoju, a jedynie pulpit w moim laptopie.
(Nad czym, po fakcie, ubolewam).

Jednakoż, może się wszak zdażyć, że ONZ rozpatrzy pozytywnie tego gołębia, więc ostrzegam, że mogą nastąpić przerwy w dostawie grawitacji.
To mówiłam ja.
Kwczk... z odciskami palców Brada Pitta

©kaczka

[374]

[4 Oct 2017]

(…)
Zaiste.
Są rzeczy, które człowiek robi na trzeźwo, a wcale na to nie wygląda.
To musiał być jakiś proces myślowy zagłuszany bębenkiem Biskiwta, długością przypominający szlak kolei transsyberyjskiej, a zawiłością sieć metra w Pekinie, gdyż inaczej, skąd i jak przyszłoby mi do głowy, że nadajemy się z Norweskim i przydatkami na weekendową imprezę wyjazdową, pod tytułem: Muzykowanie z Montessorianami.
Zamieniłam się zatem prawdopodobnie z fistaszkiem na rozum i wpłaciłam wpisowe.
Poniekąd usprawiedliwia mnie to, że nie zauważyłam załącznika z planem imprezy, a kiedyśmy go otwarli dzień przed podróżą to już było za późno żeby uciec.
Acz nie za późno, żeby się rozpłakać.
Jako, że w naszym domu tradycja aktywnego muzykowania ogranicza się do słuchania dwóch płyt, z których jedna to The Best of Elmo, druga to The Best of Disney, ambicje organizatorek przedwsięzięcia (w sobotę wystawimy Carmina Burana, a w niedzielę Cztery Pory Roku w wersji orkiestralnej) trochę nas speszyły.
Strategicznie, acz ograniczeni pracą zawodową, przybyliśmy na miejsce (Dom Rekolekcyjny imienia Drzwi w Wittenberdze skrzyżowany z siedzibą Lokalnego Związku Hodowców Bydła i Trzody Chlewnej) w piątek po kolacji (cel uświęca środki), tuż po wieczornych zajęciach chóru, tak by od razu zabarykadować się w pokoju i nie musieć z nikim integracyjnie śpiewać.
Dzieci usnęły, a my dla odwagi odkapslowaliśmy dwie przemycone, miniaturowe puszki [1] z alkoholem rozlewając je do łazienkowych kubków przeznaczonych do mycia zębów.
Jak na koloniach!
(Puszki producent okrasił wizerunkiem tęczowego jednorożca i fakt, że je nabyłam dobitnie świadczy, że moja percepcja rzeczywistości wymaga stuningowania po ostatnich zderzeniach z rzeczywistością.)
Albo wręcz przeciwnie.
O poranku, w sobotę, okazało się, że z sali prób widać ponętny plac zabaw, więc cała gromada montessoriańskich dzieci stała odwrócona do dyrygentów plecami, z nosami przyklejonymi do szyb, podczas gdy rodzice pląsali śpiewając na głosy.
Pod powiekami, na wieki, zostanie mi taka klatka: dwudziestu ojców trzymających się za ręce wije się w kółeczku i te ręce unosi ku niebu, śpiewając przy tym barytonem: Our love is strong, the life goes on.
Bardzo w tej konkretnej chwili unikałam wzroku Norweskiego, więc wypalił mi jedynie kilka dziur w czole, na plecach i nieznacznie osmalił brwi.
(Węszę, że Montssorianie mają jakąś niezdrową skłonność ku śpiewom kanonów i przypuszczam, że przy takim rozłożeniu edukacyjnych akcentów prawdopodobnie Biskwit w nowej placówce nie nauczy się pisać i czytać, ale za to posiądzie umiejętność nucenia Panie Janie w rozdwojeniu na szesnaście głosów, co kiedyś pozwoli mu wygrać Erefen got talent!).
W międzyczasie popełniłam błąd nakazując kontestującej sens imprezy Dyni pójść natychmiast-bo-mnie-zaraz-szlag-trafi socjalizować się z grupą rówieśniczą. Nie przyszło mi do głowy, że w tym nastroju Dynia dołączy do grona nastolatków-kontestatorów muzycznego weekendu i zostanie wybrana na wiceprzewodniczącą oraz skarbnika opozycji.
Opozycja schowawszy się w krzakach pobrała maczety i zamiast grać na metalofonach strugała oszczepy. Zanim ich odnaleźliśmy i pod przymusem odprowadziliśmy na lekcje kompozycji orkiestralnej udało im się nastrugać tyle, że przynajmniej komitet organizacyjny powinien obawiać się snajperów i o swoje życie.
Po pierwszych przesłuchaniach Norweskiego wyrzucono z sekcji Beat Box (za duża pojemność płuc) i wyproszono z chóru rodziców (za mała pojemność płuc). Norweski spędził zatem cały poranek czniając muzykę i szukając zen na slackline. Kilka razy znalazł go na tej linie Biskwit, więc wiadomo, zen Norweskiego diabli wzięli, ale wtedy to Biskwit odzyskiwał zen, więc świat jakoś utrzymywał swoją homeostazę.
[Dochodzę do wniosku, że w życiu naszej rodziny zen ma stałą, ograniczoną objętość i kto wstanie wcześniej (Biskwit), lub kto tupie mocniej (Biskwit), lub kto potrafi sobie najwięcej uszarpać (Biskwit) ten ma.]
Po pierwszych przesłuchaniach mnie przesunięto do sekcji Malen und Basteln, gdzie do moich obowiązków należało rozmnożenie trzech mikroskopijnych korkociągów na dwadzieścioro dzieci i przekonanie ich, że półgodzinne borowanie przelotowej dziury w grubym jak ramię konarze jest fascynującą rozrywką, a jeszcze fajniejsze od niej jest wielogodzinne czekanie na swoją kolejkę. Widząc, że tracę publiczność na rzecz 'wraźmy sobie w oko wypalarkę do drewna' tudzież 'przyklejmy Kleofasa do siedzenia klejem stolarskim', porwałam młotek i gwóźdź i pogwałciwszy montssoriańską zasadę odnajdowania przyjemności w czynnościach upiornie monotonnych, wykonałam w ciągu pięciu minut czterdzieści otworów w konarach, tak aby młodzież zanim się pozabija, przedśmiertnie wykonała instrument muzyczny z gałęzi i kapsli. Z niewiadomych powodów wcale to nie uszczęśliwiło naszpani prowadzącej.
Drugi raz podpadłam Montessorianom za sprawą Biskwita.
Jako, że pierwszego dnia na zajęciach dla swej grupy wiekowej (imitowanie radosnych kucyków, śpiewanie na trzy głosy oraz pszepani, Lorencjusz nie zdążył do toalety) Biskwit gardził mą obecnością, bawił się znakomicie i był o krok od zostania gwiazdą socjometryczną, uznałam, że na kolejną imprezę Biskwit może udać się sam.
- Pa pa. Całus. Idę się zdrzemnąć.
(A słabo spałam, bo dzieliłam tapczan z Biskwitem, który ćwiczył rytmikę na mojej śledzionie.)
- Tak, mamusiu, do zobaczenia po zajęciach.
Nie zdążyłam nawet spojrzeć na poduszkę, gdy u moich drzwi wyrosła zatroskana delegacja rodziców z wiadomością: Biskwit BARDZO tęskni (a mową ciała i laserem wzroku dodawali: tylko wyrodne matki porzucają swoje dzieci).
O, Mario, w swej naiwności przypuszczałam, że przynajmniej twoi naśladowcy będą się znać na odmianach tęsknoty i są wyposażeni w detektory bullshitu.
Biskwit, dziecina, która od chwili narodzin zna drogę do komody z konfiturą i otworzy każdy jej nawet zassany wek (a konkretnie znajdzie kogoś kto mu ten wek otworzy), na widok przyspawanych do rodziców pięciolatków ssących pierś albo kciuki, uznał, że coś go omija i po prostu wyegzekwował.
Matkę w weku.
Najbardziej oszustnymi, wybrakowanymi, samowysychającymi łzami jakie można sobie tylko wyobrazić.
(Zaiste, jeśli tak będziemy przechodzić okres adaptacji do nowej placówki, to realistycznie oceniam, że adaptacja ta nastąpi tuż przed maturą. Moich prawnuków. Szczególnie, że Biskwit nie jest fanem mej pracy zarobkowej, gdyż przez nią musi uczęszczać, śpiewać na głosy, wykłócać się o kotlety i sikać w miejscach publicznych. Biskwit ma poczucie, że to wszystko kradnie mu czas, który mógłby poświecić na jedzenie czipsów, bekanie i malowanie na ścianach wywrotowych haseł.)
Nietrudno sobie wyobrazić, jak radosnym musiałam być kucykiem i z jakim entuzjazmem śpiewałam na trzy głosy. I co niecenzuralnego podpowiadały mi głosy w mej głowie.
W tym czasie głos sumienia Biskwita – co nie dziwi – milczał. Bo zawsze milczy albo coś tam od czasu do czasu mamrocze pod nosem.
Trzeci raz podpadłam Montessorianom, gdy rzuciłam się jak wygłodzony kucyk do stolika z ekologicznie wegańską biosałatą, nie zważając, żeśmy jeszcze nie odśpiewali czterdziestu strof pieśni przedobiedniej na siedem głosów.
Za czwartym razem podpadłam wszystkim zrzeszonym i niezrzeszonym, również za sprawą Biskwita.
Była to sekcja wieczornych kołysanek dla najmłodszych.
Na środku podłogi ustawiono otwarte źródła ognia, wokół ułożono poduszki, a potem odśpiewano najbardziej antykołysankową pieśń o krwiożerczym tygrysie. Wszystkie dziateczki pobrały z tego dodatkową porcję energii, której część postanowiły zainwestować w karierę żywych pochodni. Jedynie Biskwit, zgodnie z regulaminem sesji, jako jedyny z zebranych na sali usnął przy ostatniej zwrotce.
Niosłam go tak na rękach, przezornie już odzianego w pidżamkę, przez szpaler rodziców gaszących entuzjazm i gorejące ubranka na swoich dzieciach i czułam się wyjątkowo niepopularna.
Ostatecznie Carmina wypadła z planu. Vivaldi wystąpił pod postacią bryku w wersji na kilka fletów szkolnych, gitarę, trąbkę, dziwne południowoamerykańskie pudełko wydające rzewne dźwięki oraz kontrabas. O dziwo, Vivaldi był nawet rozpoznawalny.
Dynia partycypowała na scenie w grupowej, in statu nascendi kompozycji na dwanaście metalofonów, a jej rola polegała na robieniu bdzynk w odpowiednim momencie, raz na siedem minut, czyli dwa razy podczas występu.
Biskwit był najradośniejszym kucykiem na scenicznym padoku i rżał na trzy głosy. Nieustannie. Nawet wtedy, gdy nie wymagała tego rola.
Mnie i Norweskiego oddelegowano do sprzątania.
Według niezależnych pamiętników naszych dziateczek oprócz zebrania dwudziestu ton kasztanów, najbardziej ekscytującą częścią imprezy było to:





To, czyli piętrowe łóżko.

[1] Potem okazało się, że Dom Rekolekcyjny miał zasobną piwnicę win, którą można było osuszać wrzucając odliczony pieniądz do skarbonki lub na tacę.
Gdybyśmy o tym wiedzieli odpowiednio wcześnie, zapewne publicznie zaśpiewalibyśmy z Norweskim te Cztery Pory na siedemnaście głosów przygrywając sobie na grzebieniach. I nikt by nas nie powstrzymał.

©kaczka

Wesele

[3 Oct 2017]

(…)
(...)
Zatem zanim patyna historii pokryje brokat i glamour, koniecznie należy zanotować, że gdzieś między jedną oborą a delegacją norweskiego przemysłu garbarskiego wydarzyło się kaczce wesele u Bebe.
Wesele miało miejsce w samym środku Erefenu, tym bardziej nie wiadomo jak wytłumaczyć fakt, że sklep spożywczy w tymże środku oddalonym o dobre dwa tysiące kilometrów od Kiruny miał w asortymencie całą gamę szwedzkich produktów żywnościowych - od ulubionych ciastek z Göteborga po zapuszkowaną karmę dla psów pociągowych.
- Jesteś pewna? - zapytał Norweski, gdy trzeci raz obróciłam ze sklepowym wózkiem po kolejną porcję ciastek dopychając je kolanem w bagażniku.
Byłam.
(Bo to dobre ciastka są.)
Na miejscu Norweskiego bardziej niż wyprztykanie domowego budżetu na polisacharydy przekładane nostalgią, waniliną i aromatem syntetycznych pomarańczy, niepokoiła by mnie myśl, że oto Szwedzi od czasów Potopu mają tu swoją sekretną bazę i na dany przez kolejnego z Gustawów znak, wykopią zakopane w ogródkach hełmy Wikingów i renifery bojowe i zechcą oderwać tę dzielnicę od Heimatu.
Należy docenić, że dzięki mnie oblężenie miejscowej fortecy potrwa zapewne kilka dni krócej z braku dostatecznej ilości ciastek.
Na psim jedzeniu i mrożonej pizzy Billy's długo niepooblężają. (Chyba, że to studenci. Studenci, jak wiadomo, zjedzą wszystko, nawet Tvättmedel Color 3kg Via i jako tacy, świetnie się nadają na płatnych najemników szwedzkiej rodziny królewskiej.)
Wynajęliśmy sobie lokum w sąsiedniej wsi o nazwie Lorem Ipsum.
(Jakkolwiek trudno w to uwierzyć, aby tam dotrzeć w pewnym miejscu głównej Bundesautostrady Berlin-Monachium trzeba dość gwałtownie skręcić w leśną dróżkę, przecinając trawnik obok stacji benzynowej. Loremipsumici twierdzą, że od czasów Wikingów to ich uświęcona runami główna droga łącząca Lorem ze światem, a konkretnie Sztokholmem.)
Nie zraziło nas, że wybrany zajazd wywiesił tabliczkę, iż z uwagi na zalanie kuchni nie serwuje gorących posiłków.
Swój ciągnie do swego.
Grzyb do grzyba.
(Tu dygresja. Za tydzień odbędzie się kolejny szkolny Oktoberfest tym razem pod tytułem: Grzyb. Doprawdy! Taki temat, a ściana z Roquefortem już poza naszą jurysdykcją!)
Zajazd okazał się wyśmienity, oferował jajka bez Fipronilu, umieścił nas pod suchym sufitem, a dziewczętom zaproponował oderwany od rodziców pokój z telewizorem. I już ta miejscówka czyniła z wesela Bebe imprezę stulecia.
(Są zatem plany, by odtąd każdą podróż do Hauptcioteczki przerywać popasem w Lorem Ipsum, rzecz jasna póki będzie to erefenowska jednostka administracyjna, a nie miejscowość przy płatnej, szwedzkiej autostradzie.)
Na wesele do Bebe Dynia i Biskwit wkroczyły nieznacznie spóźnione, ale lśniące cekinem.
Trzy lata suknie wisiały w szafie (zapobiegliwa kaczka nabyła je razem z obieraczką do warzyw i dwunastokolorowym długopisem na hormonalnym haju w dniu urodzin Biskwita) i o! wreszcie spełniły swoje zadanie.
Błysk kreacji spowodował popłoch wśród nieletnich uczestników imprezy. Presja cekinów i grupy rówieśniczej skłoniła pewną dziewoję w dżinsie do natychmiastowego porzucenia swojej błotnej placówki i odziania się w swoje jak najbardziej odświętne wdzianko.
Jednakoż, bądźmy szczerzy, dziewoja musiałaby przez tydzień tarzać się w kleju i brokacie, aby osiągnąć ten poziom widzianego-z-księżyca-i-sąsiednich-planet błysku reprezentowanego przez kacze dzieci.
Progenitura Bebe, która od narodzin ujawnia niełamliwy charakter oparła się tej presji i tak jak sobie zapewne poprzysięgła, uświetniła imprezę w pidżamie.
W małpki.
Pidżamę tę nosiła onegdaj Dynia, jeszcze wczoraj Biskwit i widok mikroskopijnej Bebiej blondyny udekorowanej rzucikiem z małpek robił kaczce dziwne rzeczy z układem endokrynologicznym oraz działem wspomnień w hipokampie.
(Tu dygresja. Wieczorami uczę maturzystów biologii, więc od niedawna wiem, że hipokamp składa się ze stopy, koryta i strzępka. I dokładnie w takie strzępki poszarpał mi wnętrze rozkoszny widok trzeciego pokolenia w pidżamie z Tesco.)
Stylizacje miały przejściowe znaczenie, gdyż wcześniej lub później, acz raczej wcześniej, cała banda i tak runęła w błota i bagna. Zaletą błysku cekinów jest to, że mimo wszystko łatwiej jest w błotach i bagnach wyłuskać własne dziecko. A nie, że pobierasz jakieś na chybił trafił, pracowicie domywasz i wtedy okazuje się, że nie jest twoim i cała robota na marne.
Dobrze wszak, że był jakiś zew bagien, bo Dynia z Biskwitem trochę wpychały się młodej parze w sesję zdjęciową.
I tu doskonale rozumiem Teściową Bebe i jej dyskretne, bezskuteczne próby dokonania separacji. Jasna, można mieć jedno zdjęcie nowożeńców z cudzymi dziećmi, ale nie sześćset zdjęć z cudzymi dziećmi, a trend szedł, ba! galopował, właśnie w tę stronę (a błysk cekinów – wiadomo -  nadzwyczajnie trudno usunąć fotoszopem). Nie pomagało, że miniBebe w pidżamie wolała okrążać rodziców na rowerku niż pozować do sielanki.
(Tym samym, przepraszamy Teściową, acz w sumie natura nie znosi próżni i cóż zrobić, pustą niszę fotograficzną z miejsca zaanektowały małe kaczki.)
Szczęśliwie dla rodzinnego albumu, trzymająca rękę na pulsie Bebesiostra (pozdrawiamy!) przecięła wstęgę otwierającą bufet, w którym to kacze dzieci odnalazły, jak zwykle, spełnienie i pożarłwszy po cztery funty arbuza, pokrzepiwszy się winogronami, toną pszennych wypieków, wypiwszy cysternę lemoniady, poleciały w te błota i tyle ich widział.
Dzieci w błocie, wysokoprocentowy wyciąg z jednorożca, wbród irlandzkiego likieru, spersonalizowana pizza ugnieciona mi przez córki rękami z bagna, tysiąc placków do wyboru i Austryjak opowiadający przezabawne anegdoty o życiu w Bawarii. Takie to było wesele!
Dynia wytańczywszy jedną parę butów pod światłem stroboskopów uznała imprezę za hit sezonu i jest bardzo zainteresowana tym, ile to jeszcze razy Bebe planuje wychodzić za mąż?
W tym wypadku nie wiem, jak szczerze zabrzmią nasze życzenia: Sto lat, Młodej Parze?


©kaczka